Co tu kryć, Disney to nasze dzieciństwo. Ile to już pokoleń wychowało się na filmach tego studia? Pomyślmy nad tym, jakie są najlepsze z tych produkcji, często zwanych przez nas „bajkami”, choć ja osobiście staram się tego unikać, bo to określenie jakoś umniejsza ich rangę, bagatelizuje. „Bajka” brzmi trochę lekceważąco. Czy spadnie nam korona z głowy, jeśli będziemy stosować oficjalny termin „film animowany”? Ale to dygresja na inną okazję.
Aladyn (1992)
Zaplątani (2010)
Piękna i Bestia (1991)
Mała syrenka (1989)
Herkules (1997)
Mulan (1998)
Planeta Skarbów (2002)
Ralph Demolka (2012)
Dzwoneczek – seria (2008, 2009, 2010, 2012, 2014)
Naturalne jest, że wielu z nas ma dobre wspomnienia związane z seansami animacji Disneya i chcielibyśmy swym własnym dzieciom również przekazać choć część tych emocji, jakie one w nas budziły. Ale co wybrać? Po które filmy sięgnąć? Jakie puścić młodszym dzieciom, jakie starszym, a jakie wreszcie najbardziej spodobają się nam samym? Bo jeśli nie oglądacie animacji Disneya, twierdząc, że jesteście na nie zbyt dorośli, to cóż, chyba coś z wami nie tak, ludzie! Z Disneya się nie wyrasta.
Wiem, że niektórzy mogą wstydzić się oglądać to w zaawansowanym wieku, ale problem wynika właśnie z naszego podejścia, z tego że filmy animowane są dla nas „bajkami”, a zatem czymś skierowanym dla dzieci. Uświadomcie więc sobie, że w założeniu są to filmy familijne, a zatem skierowane do wszystkich grup wiekowych (co, przynajmniej w kulturze anglosaskiej, jest wyraźnie oddzielone od filmów stricte „dziecięcych”). Pamiętam zresztą, jak byłem w kinie na „Zaplątanych” (a miałem wtedy jakieś dwadzieścia cztery lata) i cała sala zapełniona była wyłącznie dorosłymi.
A zatem pora wymienić, co z Disneya uważam za szczególnie wartościowe i godne uwagi. To czysto subiektywna lista, jasne? Nie oburzać się, że nie ma „Królewny Śnieżki”, „Kopciuszka” czy „Pocahontas”! Piszę w swoim własnym imieniu o disnejowskich animacjach, które polecam najchętniej – to nie znaczy, że inne są złe.
Król Lew (1994)
To chyba oczywiste, prawda? Największy animowany hit swoich czasów. Klasyk nad klasyki. Tę szekspirowską opowieść w zwierzęcym wydaniu każdy z nas widział z pięćdziesiąt razy. I nie bierze się to z niczego. Humor, dramatyzm (ktoś nadal płacze nad Mufasą?) i prawdziwie epicki klimat. Król Lew to dość popularny film na Player.pl, dzięki czemu w każdej chwili możesz odświeżyć swoją pamięć lub zobaczyć go razem z dziećmi.
Warto podkreślić, że ten film udowadnia, iż animacje potrafią opowiedzieć uniwersalne historie o dojrzewaniu, odpowiedzialności i żałobie – tematy, które rezonują niezależnie od wieku widza. Scena śmierci Mufasy pozostaje jedną z najbardziej poruszających sekwencji w historii kina animowanego, wywołującą autentyczne emocje zarówno u dzieci, jak i dorosłych.
Aladyn (1992)
Ulubiony film mojego dzieciństwa. A i teraz wracam do niego zawsze z dużą przyjemnością. Przygody wśród wschodnich dziwów i czarów. Opowieść o tym, że warto po prostu być sobą. Jak można nie kochać tego filmu? Zwłaszcza, że Dżin swoim humorem rozwala system (w polskiej wersji Krzysztof Tyniec radzi sobie nie gorzej od Robina Williamsa).
Warto dodać, że „Aladyn” był nowatorski pod względem humoru opartego na aluzjach do współczesnej popkultury – wyprzedził tym swoją epokę, a szerzej ten typ żartu w produkcjach animowanych spopularyzował dopiero „Shrek”, prawie dziesięć lat później.
Ale „Aladyn” to nie tylko ubaw po pachy. Ta opowieść ma w sobie po prostu piękno. A lot Aladyna i Dżasminy na magicznym dywanie, przy akompaniamencie muzycznego arcydzieła, jakim jest nagrodzona Oscarem piosenka „A Whole New World” – to chyba do dzisiaj najbardziej romantyczna filmowa scena, jaką znam. Ta sekwencja udowadnia, że animacja potrafi oddać uczucie równie skutecznie jak aktorskie produkcje, a czasem nawet bardziej, dzięki swobodzie wizualnej.
Zaplątani (2010)
To teraz coś z mniej odległych czasów. „Zaplątani” to absolutne arcydzieło. Można puścić dzieciakom, ale świetnie nada się też do obejrzenia z drugą połówką w Walentynki. Od premiery „Krainy Lodu” trwa zażarty spór, który z tych dwóch, podobnych stylistycznie filmów, jest lepszy. I choć naprawdę lubię „Krainę Lodu” (chyba każdy lubi, prawda?), to bez wątpienia odpowiadam: „Zaplątani”.
Co tu dużo gadać, Roszpunka, choć naiwna i nieco nierozgarnięta (a może właśnie dlatego), jest przesympatyczną postacią. Flynn z kolei jest zabawnie szelmowski i sarkastyczny. Razem tworzą parę, która wywołuje u widza salwy śmiechu, ale równocześnie ich relacje są pełne ciepła jak i cały ten film.
To niesamowicie udane, zachwycające (nie boję się użyć tego słowa) połączenie dwóch odmiennych, zdałoby się, filmowych światów – dynamicznej komedii w nowoczesnym stylu i klasycznej baśni zachowującej wszystko to, co sprawiało, że stare disnejowskie animacje były takie piękne – emocje, uczucia, marzenia, miłość. Jeśli więc chcecie w jednej chwili zrywać boki z konia Maximusa, by już za moment ocierać z oka łzę podczas sceny z lampionami – śmiało sięgnijcie po „Zaplątanych”.
Jest jeszcze jeden powód – pod względem estetycznym delikatna, malarska wręcz animacja w tym filmie to najlepsze, co kiedykolwiek udało się osiągnąć przy zastosowaniu komputerów. Każda klatka wygląda jak obraz olejny, a scena z latarniami na jeziorze stanowi wizualny poemat, który zapiera dech w piersiach.
Piękna i Bestia (1991)
Pierwsza w historii animacja nominowana do Oscara w kategorii „Najlepszy film”. Już z tego tylko powodu nie wypada nie znać.
A co w tym takiego fajnego? Ano, subtelnie pokazane uczucie, rodzące się między parą głównych bohaterów. I to przesłanie, każące patrzeć głębiej; starać się dostrzec w drugiej osobie jej wnętrze. Poza tym standardowe wyznaczniki udanego disnejowskiego filmu – zabawne postacie drugoplanowe (Płomyk i Trybik są tu chyba ulubieńcami widowni), komicznie przerysowany czarny charakter i piosenki chwytliwe jak jasny gwint.
Film wyróżnia się również niezwykłą dbałością o detale – słynna scena tańca w sali balowej była jedną z pierwszych prób połączenia animacji komputerowej z tradycyjnym rysunkiem, co stworzyło efekt głębi i monumentalności. Ballada „Beauty and the Beast” w wykonaniu Angeli Lansbury to jeden z najbardziej rozpoznawalnych motywów muzycznych w historii Disneya.
Mała syrenka (1989)
To ten film zapoczątkował tak zwany „renesans animacji”. Wszystko, co uwielbiam w filmach animowanych z lat dziewięćdziesiątych, ma swój początek tutaj. Mamy więc miłość jako główny wątek, oddaną z całym tym wdziękiem i romantyzmem, do którego Disney przyzwyczaił nas w kolejnych latach. Sympatyczne postacie – już choćby tylko dla Sebastiana warto obejrzeć; jest tak uroczo zrzędliwy. I piosenki, o ludzie! Te piosenki! „Under the Sea” to wiadomo, i po dwudziestu latach nie wyjdzie wam z głowy. Ale niewiele ustępują jej (o ile w ogóle) „Kiss the Girl” i „Part of Your World”.
„Mała syrenka” przywróciła Disneyowi pozycję lidera animacji po latach stagnacji. Ariel jako bohaterka odbiega od wcześniejszych księżniczek – jest bardziej samodzielna, ciekawska i buntownicza, co zapoczątkowało trend tworzenia silniejszych kobiecych postaci w kolejnych produkcjach studia.
Herkules (1997)
Kiedy za film biorą się twórcy „Małej syrenki” i „Aladyna”, musi być dobrze. I rzeczywiście jest, bo „Herkules” był trzecim z moich ulubionych filmów animowanych Disneya (dwa pozostałe to właśnie te, które przed chwilą wymieniłem).
Inna stylistyka – bardziej tu wszystko dynamiczne, wręcz szalone. Więcej odwołań do współczesności. Jeśli idzie o rozbawianie widza, to, co ciekawe, tym razem przoduje w tym Hades, czarny charakter tej historii. Uwierzcie, nawet ci, którzy niewiele po latach pamiętają z „Herkulesa”, są w stanie na zawołanie sypać cytatami z Hadesa. Są aż tak dobre.
A mimo tego komediowego, kolorowego szaleństwa film nie traci disnejowskiego ducha – tej warstwy emocjonalnej, która uderza nas w wątku Herkulesa marzącego o miejscu, w którym czułby się jak u siebie (co piosenka „Go the Distance” pięknie oddaje). Również jego relacje z Meg są potraktowane przez twórców z niemałym wyczuciem. Ogółem, dużo szalonej, acz nie bezmyślnej, zabawy. Kto nie oglądał, niech to szybko nadrobi.
Wizualnie „Herkules” wyróżnia się graficznym stylem inspirowanym grecką ceramiką – ostrzejsze linie, bardziej geometryczne kształty i żywe kolory sprawiają, że film wygląda zupełnie inaczej niż pozostałe produkcje Disneya z tamtej dekady.
Mulan (1998)
Ach, „Mulan”! Pierwszy przypadek w moim życiu, kiedy poszedłem do kina dwa razy na ten sam film – aż tak mi się spodobało. Chyba mój ulubiony film wojenny. Bo trzeba wam wiedzieć, że to o wojnie, ale ta tematyka nie powinna sprawiać, że będziecie się wzbraniać przed puszczeniem tego swoim dzieciom. Choć bowiem film nie unika przedstawiania w pośredni sposób okrucieństw wojny (mamy tu widok na całą dolinę usłaną ciałami poległych), więcej w nim z komedii. Przez prawie cały seans uśmiech nie schodzi z twarzy, naprawdę. Najlepszym dostawcą humoru jest oczywiście Muszu (w polskim dubbingu kapitalny Jerzy Stuhr, jeszcze przed swoją słynną rolą Osła w „Shreku”), którego niemal każdy tekst to dla nas gwarantowana salwa śmiechu.
Oczywiście film, oprócz tego, że bawi, porusza też ważne tematy, jak to u Disneya, a bohaterka ryzykująca własnym życiem, by ratować ojca, to budujący przykład dla nas samych jak i naszych pociech. Zawsze, gdy oglądam „Mulan”, nie mogę też przestać zachwycać się animacją. To chyba najwyższy poziom, jaki osiągnęła animacja ręcznie rysowana i tym większa szkoda, że ostatecznie komputery wyrugowały tę technikę z kinowego mainstreamu.
„Mulan” to również opowieść o odnajdywaniu własnej tożsamości i łamaniu społecznych konwenansów – temat uniwersalny, który przemawia do widzów niezależnie od kultury czy epoki. Scena lawiny to jeden z najbardziej widowiskowych fragmentów w historii animacji dwuwymiarowej.
Planeta Skarbów (2002)
Kolejne dzieło twórców „Małej syrenki”, „Aladyna” i „Herkulesa”, a przy okazji… jedna z największych finansowych klap w historii studia Disneya. Czy słusznie? W żadnym razie! Ta kosmiczna wersja „Wyspy skarbów” Stevensona, to film okrutnie niedoceniony. A przecież mamy tu prawdziwego ducha przygody! Poza tym ojcowsko-synowskie z ducha relacje Jima Hawkinsa i Johna Silvera, będące siłą napędową tej historii, zostały ukazane naprawdę fenomenalnie.
Co do reszty postaci… no zgadzam się, B.E.N. jest dość irytujący, ale za to kapitan Amelia błyszczy na ekranie, a każdy jej głęboko ironiczny tekst jest na wagę złota. Muszę też stwierdzić, że cudowna muzyka do tego filmu, to najlepsze, co udało się skomponować Jamesowi Newtonowi Howardowi w całej jego karierze.
„Planeta Skarbów” eksperymentuje z połączeniem tradycyjnej animacji ręcznej i trójwymiarowej grafiki komputerowej – statki kosmiczne poruszają się w pełni wygenerowanych przestrzeniach, podczas gdy postacie zachowują klasyczny, dwuwymiarowy urok. Ten hybrydowy styl był prekursorski, choć nie został doceniony przez współczesną widownię.
Ralph Demolka (2012)
Coś dla miłośników gier komputerowych, ale nie tylko. Możecie w ogóle nie siedzieć w tych klimatach, a i tak rozbawi i ujmie was ta ciepła opowieść o przyjaźni i poszukiwaniu własnej tożsamości. Bardziej przemówi do małych i dużych chłopców, ale wiecie, nie ma ograniczeń.
Film genialnie wykorzystuje estetykę klasycznych gier wideo, tworząc nostalgiczny klimat dla starszych widzów i kolorową przygodę dla młodszych. Świat „Sugar Rush” zaprojektowany jest z niezwykłą dbałością o detale – każdy element lokacji nawiązuje do mechanik gier wyścigowych, a projektanci stworzyli ponad sto unikalnych postaci cukierkowych mieszkańców.
Drugoplanowa historia przyjaźni Ralpha i Valenopy to emocjonalny rdzeń filmu – uczucie wzajemnego zrozumienia dwóch outsiderów, którzy pomagają sobie odnaleźć własne miejsce w świecie. Scena finałowa, w której Ralph spada w dietcolę, wzrusza równie mocno jak klasyczne momenty z animacji lat dziewięćdziesiątych.
Dzwoneczek – seria (2008, 2009, 2010, 2012, 2014)
Jeśli macie córki, to najlepiej zamiast filmów o Barbie albo „My Little Pony” puśćcie im któryś z filmów o Dzwoneczku. Dziewczynkom spodoba się tak samo, a wy się nie wymęczycie, jeśli będziecie zmuszeni obejrzeć to z nimi, bo disnejowska seria o wróżkach, choć fabularnie prosta, ma wyraziste postacie (Vidia po prostu rządzi), autentycznie dobry humor i piękną muzykę. I nawet gdy seria zalicza doła – wyjątkowo średnim „Sekretem magicznych skrzydeł”, to zaraz potem rekompensuje to z nawiązką najlepszą jak do tej pory częścią – „Tajemnicą piratów”.
Seria prezentuje funkcjonalny świat wróżek, w którym każda ma przypisaną specjalizację – od kwiatowych, przez wodne, aż po naprawiacze. Ten prosty pomysł uczy dzieci, że każda umiejętność ma swoją wartość i każdy może znaleźć swoją rolę w społeczności. Dzwoneczek jako postać ewoluuje przez kolejne części – z zazdrosnej i impulsywnej wróżki staje się pomysłową wynalazczynią, pokazując dzieciom wartość nauki i wytrwałości.
Animacja w tych filmach utrzymana jest w wysokim standardzie jakościowym – szczególnie udane są sceny z Doliny Wróżek, pełne kolorowych detali i magicznej atmosfery. Muzyka, choć niekoniecznie zapadająca w pamięć tak jak wielkie hity ze złotej ery Disneya, pięknie komponuje się z wizualną warstwą.
Dlaczego warto wracać do klasyki
Mógłbym tak cały dzień, naprawdę, ale nie o to chodzi, by stworzyć elaborat na dwadzieścia stron. To były tylko te filmy, do których koniecznie chciałem zachęcić. Czy jedyne warte uwagi? Oczywiście, że nie. Polecam też „Dzwonnika z Notre Dame” (najmroczniejszy animowany Disney), „Pioruna” (ujmujący film późniejszego twórcy „Zaplątanych”), „Tarzana”, „Lilo i Sticha” czy chociażby uroczego, krótkometrażowego, nagrodzonego Oscarem „Papermana”.
Animacje Disneya towarzyszą nam od dzieciństwa, a teraz tak samo mogą stać się częścią życia następnych pokoleń. I sądząc z tego, że studio nie odpuszcza (już teraz w kinach „Zwierzogród”, a w grudniu czeka nas „Moana”), nieprędko się to zmieni. Disney nigdzie się nie wybiera. Pozostanie z nami i naszymi dziećmi, a kiedyś pewnie zachwyci też nasze wnuki.
Te filmy to nie tylko wspomnienia z dzieciństwa – to ponadczasowe historie o odwadze, przyjaźni, miłości i odnajdywaniu siebie. Warto do nich wracać, bo za każdym razem możemy odkryć w nich coś nowego – inny niuans, subtelny żart lub głębsze przesłanie, które umknęło nam podczas pierwszego seansu. A jeśli oglądamy je z własnymi dziećmi, zyskujemy podwójną przyjemność – widzimy film ich oczami i jednocześnie przeżywamy na nowo własne emocje sprzed lat.

Nina
27 września
Przyznam, że części z tych bajek nie widziałam, czego żałuje i będę musiała nadrobić. Chyba miałam fatalne dzieciństwo 🙂
Man
5 października
Filmy ponadczasowe, przynajmniej dzieci nie mają koszmarów.
Adrian
7 października
Akurat robiłem ostatnio powtórkę swoich ulubionych disneyowskich animacji i „Herkules” zdecydowanie najlepszy. Nie wiem, czemu nie cieszy się wśród widzów większą popularnością. Hades wymiata, bez dwóch zdań („Imię Hades, pan umarłych, cześć, jak leci” albo ten dialog: „Hadesie, co tam słychać w podziemiach?”, „Czy ja wiem, nic nowego. Dosyć ciemno, ponuro, umarlaków pod sam sufit”).
A nazywanie filmów animowanych „bajkami” też mnie wkurza. Ale to chyba PRL pozostawił taki ślad w polskiej mentalności. Jak przez tyle lat były w telewizji tylko te dziadowskie „Reksie” i „Bolki i Lolki”, to nie dziwota, że animacja kojarzy się tu teraz ludziom z bajeczkami wyłącznie dla dzieci.