Czytasz

Ekranizacje gier komputerowych. Filmy oparte na grach komputerowych

Ekranizacje gier komputerowych. Filmy oparte na grach komputerowych

W grach komputerowych tkwi potencjał. Producenci filmowi dostrzegają to od lat, jednak chyba nie do końca rozumieją to medium. Jak inaczej wytłumaczyć, że filmy na podstawie gier cieszą się złą sławą, a historia takich ekranizacji jest pasmem artystycznych i finansowych porażek? Nie wiadomo, czy kiedyś doczekamy się dobrego filmu na podstawie gry, póki co jednak możemy przyjrzeć się najbardziej znanym dotychczasowym próbom.

Mortal Kombat

„Mortal Kombat” Paula W. S. Andersona przez wielu do dzisiaj uważany jest za jedyny naprawdę dobry film na podstawie gry komputerowej. Czy jednak ta produkcja naprawdę jest udana? Można rzec, że to kawałek niezłej bezpretensjonalnej rozrywki i że podczas oglądania nie grozi nuda.

Trzeba jednak spojrzeć również na drugą stronę medalu. Same pojedynki, będące przecież trzonem tego filmu, nie powodują bynajmniej opadu szczęki. Wielu fanów gry z pewnością nie będzie też w stanie przeboleć tego, że tę brutalną, krwawą opowieść znacznie tutaj złagodzono, by przykroić ją do wymogów kategorii wiekowej PG-13.

Te mankamenty sprawiają, że nie każdy uzna „Mortal Kombat” za autentycznie udaną ekranizację gry, niemniej dobre tempo, wdzięk wykonawców i pewna doza luzu, z jaką ta produkcja siebie traktuje, sprawiają, że w każdym razie wybija się ona pozytywnie spośród innych. Pozostałe próby przeniesienia gier na kinowe ekrany nie miały tyle szczęścia.

Resident Evil

Tu już mamy do czynienia nie z jednym filmem, lecz całą serią, liczącą sobie na chwilę obecną sześć części. Za sterami zasiadł znów Poul W. S. Anderson, a skutek? Efekt jego starań nie jest może tak doceniony jak „Mortal Kombat”, ale zważywszy, jak złą sławą cieszą się ekranizacje gier, i tak można mówić o pewnym sukcesie.

Pewnie, nie ulega wątpliwości, że kinowy „Resident Evil” to seria nie grzesząca błyskotliwym scenariuszem – tutaj chodzi głównie o efektowną jatkę, a w późniejszych częściach również atakowanie widza przebajerzonymi efektami 3D. Fabuła (jeśli możemy tu mówić o czymś takim) z filmu na film robi się coraz bardziej niedorzeczna. Miłośnikom gry nie podoba się też, że znane im postacie grają w ekranizacji rolę zaledwie drugoplanowe, pierwszy plan zostawiając Alice, postaci wykreowanej specjalnie na potrzeby filmu.

Nie ulega jednak wątpliwości, że filmowa seria „Resident Evil” przynajmniej dostarcza rozrywki i, jeśli wyłączymy mózg, można się przy niej dobrze bawić. To zapewne dlatego, w przeciwieństwie do innych ekranizacji gier, te filmy na siebie zarabiają. I nie powinno dziwić, że CapCom również ekranizację innej swojej gry, pod tytułem „Monster Hunter”, złożył w ręce Andersona. Jakie będą tego skutki, to pokaże dopiero przyszłość.

Tomb Raider

Przygody słynnej pani archeolog wydawały się idealnym materiałem do przeniesienia na ekran kinowy, a podejście, jakie zaprezentowali filmowcy, już na etapie castingu zyskało aprobatę fanów. Co tu dużo mówić, Angelina Jolie wydawała się idealną Larą Croft. Najlepiej świadczy o tym fakt, że wielu do dzisiaj nie wyobraża sobie nikogo innego w tej roli.

Co więc nie wyszło? Cała reszta. Zdecydowanie cała reszta. Film okazał się zlepkiem średnich scen akcji, połączonych byle jak miałką, nieangażującą fabułą. Chyba mało kto się nie zgodzi, że po seansie niewiele pozostaje w pamięci. Może co najwyżej energiczna, ostra muzyka i malownicze miejscówki. Później powstał jeszcze sequel, który okazał się jeszcze bardziej nijaki. Kto wie, może nowe podejście do przeniesienia przygód Lary na ekran okaże się bardziej fortunne? Pewnie nie, ale nadzieja umiera ostatnia.

Książę Persji: Piaski czasu

Wytwórnia Disneya przenosząc kultową grę na ekrany kin, wzięła sobie najwyraźniej za punkt honoru, by film jak najmniej przypominał swój pierwowzór. Karygodnie więc zmarnowano potencjał, jaki gra ze sobą niosła. Przede wszystkim szkoda motywu sztyletu cofającego czas. Jeden z najciekawszych elementów gry, w filmie został sprowadzony do motywu „tego takiego przedmiotu, który każdy chce mieć”. Samo cofanie czasu zaserwowano nam zaledwie w trzech scenach, z czego pierwsza miała charakter demonstracji, więc na dobrą sprawę nie powinna się liczyć.

Również akrobacje samego księcia nie robią takiego wrażenia jak w grze. A i fabuła nie jest specjalnie porywająca. Film wytwórni Disneya, owszem, sprawdza się jako lekka przygodówka, ale z pewnością nie o tym marzyli fani gry.

Warcraft

O ekranizację słynnej gry ubiegał się początkowo Uwe Boll, uznawany za najgorszego reżysera świata, słynący z tanich, ułomnych ekranizacji gier. Kiedy więc Blizzard powierzył to zadanie Duncanowi Jonesowi, autorowi cenionego „Moon”, wielu odetchnęło z ulgą i zaczęło zapowiadać, że oto czeka nas pierwszy naprawdę udany film na podstawie gry.

W dniu premiery jednak balon oczekiwań został przekłuty. „Warcraft” okazał się filmem co najwyżej średnim. Niewiele w nim akcji, za to dużo ekspozycji. Wielu widzów niezaznajomionych z grą poczuło się też lekko zagubionych w jej świecie. Krytyka spotkała również niekonsekwentny ton i bardzo nierówne efekty specjalne (orkowie wyszli dobrze, ale ten golem?). Nie ulega wątpliwości, iż film sporo też ucierpiał przez to, że wycięto z niego sporo materiału, by móc upchnąć go w dwóch godzinach.

Assassin’s Creed

Gdy „Warcraft” zawiódł pokładane w nim oczekiwania, zaczęto głosić, że to właśnie „Assassin’s Creed” będzie pierwszym dobrym filmem opartym na grze. Znowu jednak rzeczywistość nie sprostała oczekiwaniom. Film okazał się po prostu… nudny. Z jakichś niepojętych dla widzów powodów z dwóch planów czasowych obecnych w tej historii, zdecydowano się położyć w filmie większy nacisk na zdarzenia rozgrywające się w teraźniejszości. To, co stanowiło o popularności gry, czyli sekwencje rozgrywające się w przeszłości, ograniczono do niezbędnego minimum. Kiedy twórcy tak rozmijają się z oczekiwaniami widzów, finansowa klapa nie powinna dziwić.


Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *