READING

Za czym tęsknimy w kinie? Lista filmowych trendów,...

Za czym tęsknimy w kinie? Lista filmowych trendów, które przeminęły (a szkoda)

figurka żaby kinomana

Kino nie jest już takie jak kiedyś. Nie macie wrażenia, że czegoś Wam w nim brakuje? Może macie to uczucie niedosytu, tylko nie potraficie jasno zdefiniować, w czym konkretnie tkwi problem? Nie wiem, czy zdołam pomóc, ale wyleję tu swe żale i powiem Wam, czego mi najbardziej brak w dzisiejszym kinie.

Oryginalne fabuły

Kiedy ostatnio widzieliście film z pomysłową fabułą? Albo chociaż taki oparty na oryginalnym pomyśle wyjściowym? Kiedyś mieliśmy tego na pęczki, pamiętacie? Prawie każdy filmowy hit lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych porywał nas świeżą historią, której wcześniej nie widzieliśmy.

A dzisiaj? Sequele, remake’i, sequele remake’ów i remake’i sequeli remake’ów. A poza tym ekranizacje wszystkiego. Dokładnie wszystkiego, od książek i komiksów, przez gry komputerowe, po artykuły prasowe. Nie, moi drodzy, nie przesadzam! Doczekaliśmy czasów, gdy zekranizowano grę w statki, a w kolejce na swoje kinowe superprodukcje czekają „Monopoly” i „Tetris”. To chyba najlepiej pokazuje, że sytuacja jest poważna.

Czasem czytam na forach filmowych wypowiedzi typu: „Nie mają już o czym kręcić filmów? Przecież jest jeszcze tyle świetnych książek do zekranizowania!”. Tylko właśnie… Nie widzicie, że sami wpadliście w tę pułapkę myślową? Że przywykliście już do myśli, że film koniecznie musi być jakąś ekranizacją czy adaptacją? A czego ekranizacjami były hity z dawnych czasów, „Obcy”, „Terminator”, „Zabójcza broń”, „Gladiator”, „Gwiezdne wojny”, „Matrix”? Odpowiem Wam: nie były żadnymi ekranizacjami! Były oparte na świeżych, oryginalnych pomysłach! Dało się? Dało. A teraz? Wygląda na to, że filmowcy się rozleniwili i wolą po prostu iść na łatwiznę.

podobny temat:  Najlepsze bajki Disneya. Klasyka i nowości

Praktyczne efekty

Wspominam z rozrzewnieniem te czasy, kiedy efekty specjalne nie waliły po oczach komputerem. Teraz już niestety przed tym nie ucieknę, a prawie każda kolejna superprodukcja zaczyna niepokojąco przypominać grę komputerową. W dodatku często odnoszę wrażenie, że im więcej kasy poszło na film, tym bardziej sztuczne i rażące są te efekty (wiele scen z „Jurassic World” czy tego ostatniego „Terminatora” sprawia, że nie wiem, czy się śmiać czy płakać).

Nie twierdzę oczywiście, że w czasach sprzed komputerowych tricków wszystkie efekty wypadały na ekranie naturalnie. Ale w każdym razie robiły wrażenie czegoś namacalnego. Nic w tym dziwnego, bo oglądaliśmy rzeczy, które, w takiej czy innej postaci, naprawdę istniały i zostały zarejestrowane kamerą. A niektóre działa mistrzów od efektów praktycznych robią niesłychane wrażenie do dzisiaj (jak choćby królowa obcych, czy wszystko to, co się wyczynia w „The Thing” Carpentera).

Efekty komputerowe oczywiście nie są złe same w sobie, ale lepiej sprawdzają się w roli wspomagającej. Gdy za bardzo się im zawierzy, wychodzi to na ekranie dość sztucznie.

panorama Hollywood

Superprodukcje dla dorosłych

Jeszcze kilkanaście lat temu wielkie, wystawne widowiska skierowane do dorosłych, były na porządku dziennym. „Żołnierze kosmosu”, trylogia „Matrix”, „Gladiator”, „Troja” i wiele innych efektownych hollywoodzkich produkcji za grube miliony otrzymywało wysoką kategorię wiekową R (oznaczającą, że osoby poniżej siedemnastego roku życia powinny oglądać tylko w towarzystwie kogoś pełnoletniego). Ba, przecież taki „Terminator 2”, również z R-ką, był swojego czasu najdroższym filmem w historii kina.

podobny temat:  Najlepsze bajki Disneya. Klasyka i nowości

Od tego czasu wiele się jednak zmieniło. Gdzieś w połowie ubiegłej dekady studia filmowe doszły do wniosku, że przecież kategoria wiekowa R ogranicza ich widownię, nie dopuszczając przed ekrany młodzieży i dzieci, więcej więc zarobią, jeśli ich produkcje będą dostępne do najszerszego możliwego grona widzów.

Od tej pory prawie wszystkie kosztowne filmy mają niską kategorię wiekową PG-13. A żeby ją otrzymać, często niezbędne są kompromisy. To dlatego w nowych „Terminatorach” nie uświadczymy już krwi, a John McClane nie rzuca mięsem w czwartej „Szklanej pułapce”. Wszystko jest na siłę łagodzone i ugrzecznione, byle tylko cenzorzy dopuścili film dla małoletniej widowni.

I bynajmniej nie jestem zapaleńcem, który woli, żeby z ekranu non stop lała się krew i sypały bluzgi, niemniej sytuacja, w której tylko filmy familijne dostają duże budżety, a te dla dorosłej widowni muszą się zadowolić średnimi i małymi, nie odbija się najlepiej na sytuacji kina. Ostatnie dekady ubiegłego wieku, dające pod tym względem twórcom nieporównanie większą swobodę artystyczną, mogą pochwalić się, jak by nie patrzeć, znacznie wyższym poziomem filmowych produkcji.

podobny temat:  Najlepsze bajki Disneya. Klasyka i nowości

Animacja 2D

Nie tylko efekty specjalne w kinie przywodzą dziś na myśl grę komputerową. Każdy film animowany też tak teraz wygląda. Na ekranach króluje animacja komputerowa, a ta klasyczna, ręcznie rysowana najwyraźniej umarła śmiercią naturalną. Ostatnią próbą reanimacji była „Księżniczka i żaba” pod koniec zeszłego dziesięciolecia. Nie powiodło się.

A dlaczego to źle? Czy animacja komputerowa nie daje twórcom większych możliwości? W pewnym sensie na pewno. Kłopot w tym, że ta tradycyjna jest po prostu nieporównanie lepsza pod względem estetycznym. Oczywiście to kwestia gustu, może też przyzwyczajenia, nic jednak nie poradzę na to, że tak to odbieram. Pokażcie mi animowany komputerowo film, który wygląda tak dobrze, jak rysowana ręcznie „Mulan” czy kipiący żywymi barwami „Herkules”! Dzisiejsze filmy to już nie to. Dlatego, kiedy słyszę, że będzie remake „Króla Lwa”, tym razem w animacji komputerowej, mam ochotę rzucić się z mostu.

Tymczasem niestety tradycyjna animacja została zepchnięta do telewizji. Tam znalazła swój azyl i nic nie zapowiada, by miała w najbliższym czasie powrócić na ekran. Co prawda Don Bluth (znany jako reżyser „Dzielnej pani Brisby”, „Wszystkie psy idą do nieba” i „Anastazji”) ma marzenie, by wskrzesić tę technikę filmem „Dragon’s Lair”, ale przy braku zainteresowania ze strony filmowych studiów i dystrybutorów, to marzenie może pozostać niespełnione. A szkoda.


podobne treści

  1. Stasiu

    22 września

    Oryginalnych fabuł dalej jest dużo, ale trzeba mocniej poszukać. Niestety w większości jesteśmy zalewani chłamem, przez co nawet nie zwracamy uwagi na prawdziwe perełki kinematografii.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

By using this form you agree with the storage and handling of your data by this website.