Halloween, w krajach anglosaskich sięgająca daleko w przeszłość tradycja, a u nas nowość, którą dopiero niedawno zaczęto przeszczepiać na nasz grunt, choć już z roku na rok zakorzenia się coraz śmielej. Nie wszyscy muszą się z tym godzić, a już na pewno nie każdy to musi pochwalać. Ale pretekst, by zrobić sobie wieczór filmowy, zawsze jest dobry, prawda? A Halloween nastraja do oglądania pewnego typu filmów. Jakich produkcji nie może zabraknąć?
1. Halloween
2. Piątek trzynastego
3. Koszmar z ulicy Wiązów
4. Krzyk
5. Mgła
6. Jeździec bez głowy
7. Gnijąca panna młoda
8. ParaNorman
9. Rodzina Addamsów
10. Dom na Przeklętym Wzgórzu
Halloween
Jak halloweenowy wieczór filmowy, to ten film Johna Carpentera obowiązkowo musi iść na pierwszy ogień. Nie ma innej opcji. W tym klasyku z Jamie Lee Curtis nastolatka, dorabiająca sobie jako opiekunka do dziecka w ponury halloweenowy wieczór, musi stanąć oko w oko z psychopatycznym mordercą. Przez cały film nie wypowiadający słowa Michael Myers przeszedł do historii horrorowych zabójców. Złotymi zgłoskami zapisał się też w dziejach kina kultowy, niepokojący motyw muzyczny, skomponowany przez samego reżysera.
Carpenter osiągnął tu mistrzowskie połączenie niskobudżetowej realizacji z wysoką wartością artystyczną — film kosztował zaledwie 300 tysięcy dolarów, a przyniósł przeszło 70 milionów. Sekret tkwi w metodzie budowania napięcia: długie ujęcia z perspektywy mordercy, oszczędność dialogów i wykorzystanie ciszy jako narzędzia grozy. Myers pojawia się nieoczekiwanie w kadrze, często w tle, co zmusza widza do nieustannego skanowania obrazu wzrokiem.
Scena, w której Laurie Strode odkrywa ciała swoich przyjaciół, pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów w historii slasherów. Curtis zadebiutowała właśnie tą rolą i od razu weszła do kanonu ikon horroru — jej wrzask stał się wzorcem dla następnych pokoleń aktorek gatunku.
Piątek trzynastego
Kolejny ze słynnych slasherów. I znów morderca szlachtuje nastolatków, tym razem w scenerii letniego obozu, a okrutna śmierć obozowiczów jest karą za błędy z przeszłości. Ciekawy zabieg, bo zamiast jakiejś bardziej mrocznej scenerii mamy taką, która teoretycznie powinna być sielankowa. I w tę właśnie sielankę wkrada się groza, z czego wynosimy przykrą lekcję, że tak naprawdę nigdzie nie możemy się czuć bezpiecznie.
Obóz Crystal Lake funkcjonuje w filmie jako miejsce naznaczone traumą — śmierć małego Jasona Voorheesa w 1957 roku zapoczątkowała serię nieszczęść, które sprawiły, że obiekt nigdy nie został otwarty. Pierwsza część, w przeciwieństwie do kolejnych odsłon, stawia na psychologiczny wymiar zemsty — prawdziwym zabójcą okazuje się matka Jasona, Pamela Voorhees, zagrana z przerażającą intensywnością przez Betsy Palmer.
Film wprowadził do kanonu slashera charakterystyczne ujęcia z perspektywy zabójcy, podglądającego ofiary zza drzew. Sceny morderstw, choć jak na obecne standardy stosunkowo oszczędne, wstrząsnęły publicznością lat 80. — szczególnie śmierć Kevina Bacona, przeszywanego strzałą przez gardło od spodu łóżka. Efekt zaskoczenia w finale, gdy z jeziora wyłania się zdeformowany Jason, przeszedł do historii jako jeden z najskuteczniejszych jump scare’ów w kinie.
Koszmar z ulicy Wiązów
Freddy Krueger jest mordercą nie tylko odmiennym niż dwaj wyżej wspomniani – można śmiało powiedzieć, że nie było drugiego takiego w całej historii kina. Nie chodzi o to, że jest on, jak na horrorowego zabójcę, całkiem gadatliwy, choć twórcy specjalnie tak wykreowali tę postać, by stanowiła przeciwieństwo wiecznych milczków, takich jak Michael Myers czy Jason Voorhees. Ważniejsze jednak, że Freddy morduje swe ofiary, odwiedzając je w snach. A to budzi prawdziwą grozę. Któż z nas nie miał nigdy sennych koszmarów? Jedyną ich dobrą cechą jest ulga, którą czujemy po przebudzeniu. A gdyby te koszmary stały się realne? Gdybyśmy, ginąc we śnie, ginęli naprawdę? Na takich właśnie lękach bazuje ten film.
Wes Craven stworzył postać Freddy’ego, inspirując się artykułem o młodych uchodźcach z Kambodży, którzy umierali we śnie bez wyraźnej przyczyny medycznej. Ten motyw połączył z folklorystycznym wątkiem zemsty — Krueger to spalony przez rodziców nastolatków pedofil, który powraca jako demon snów. Rękawica z ostrzami, jego charakterystyczna broń, została zaprojektowana jako narzędzie budzące prymitywny lęk przed rozszarpaniem.
Seria wyróżnia się wizualną inwencją — sceny snów to surrealistyczne labirynty, w których grawitacja przestaje obowiązywać, a otoczenie zmienia się według logiki koszmaru. Pamiętna sekwencja, gdy Tina Gray jest ciągnięta po ścianach i suficie niewidzialną siłą, zrealizowano za pomocą obracającego się pokoju — efektu specjalnego zapożyczonego od Stanleya Kubricka. Johnny Depp zadebiutował właśnie w tej produkcji, ginąc wessany przez łóżko w fontannie krwi.
Krzyk
Po dekadach sukcesów filmów, w których psychopaci mordują biednych nastolatków, pojawił się film, który sam będąc pełnoprawnym horrorem, jednocześnie jest pastiszem gatunku. „Krzyk” Wesa Cravena to intertekstualna gra z widzem, w której bierze się na warsztat ograne horrorowe klisze z pełną świadomością, że widz doskonale się w nich orientuje. Tak samo zresztą, jak i postacie, które niejeden horror już w życiu obejrzały i wiedzą, jakich motywów i zachowań trzeba unikać, żeby mieć szansę na ujście z życiem. To dlatego film traktuje siebie nie do końca serio i oprócz niezbędnego napięcia potrafi wywołać u widza także raz po raz uśmiech.
Scenarzysta Kevin Williamson zawarł w dialogach bezpośrednie odniesienia do zasad przetrwania w slasherze: nie uprawiaj seksu, nie pij alkoholu, nigdy nie mów „zaraz wracam”. Randy Meeks, wcielony przez Jamiego Kennedy’ego, pełni funkcję meta-komentatora, który podczas projekcji „Halloween” tłumaczy przyjaciołom mechanizmy gatunku — scena ta rozgrywa się równolegle z prawdziwym atakiem Ghostface’a.
Otwierająca sekwencja z Drew Barrymore przeszła do historii jako mistrzowskie zagranie marketingowe — gwiazda promowana jako główna bohaterka ginie w pierwszych dwunastu minutach, łamiąc wszelkie oczekiwania widzów. Maska Ghostface’a, zaprojektowana przez Brigitte Sleiertin, nawiązuje do obrazu „Krzyk” Edvarda Muncha i stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury lat 90.
Mgła
Czy jednym z najbardziej budujących klimat elementów nie jest mgła? Gdy spowija okolicę jak całun, nadaje całemu otoczeniu nastroju niepokojącej tajemniczości. Nigdy nie wiadomo, co się w niej czai.
Nic dziwnego, że John Carpenter, twórca „Halloween”, postanowił wykorzystać mgłę, by zmrozić nam krew w żyłach. Jego klasyczna opowieść o duchach charakteryzuje się wszystkim, czego można było oczekiwać od tego akurat twórcy. Jest tu zatem powolne, długie budowanie nastroju, które jest wielką zaletą. Nawet, gdy pozornie niewiele dzieje się na ekranie, ciarki łażą nam po plecach. A ostatnie pół godziny to już popis prawdziwej horrorowej grozy.
Akcja rozgrywa się w Antonio Bay, miasteczku nadbrzeżnym obchodzącym stulecie założenia. Carpenter sięgnął po motyw kolonialnej winy — mgła przynosi ze sobą duchy marynarzy zamordowanych przez ojców-założycieli, którzy sto lat wcześniej sprowadzili statek trędowatych na skały, by przywłaszczyć sobie złoto. Ta warstwa fabularna nadaje produkcji głębię wykraczającą poza standardowy horror o nawiedzonej lokacji.
Wizualnie film czerpie z estetyki gotyckiego kina grozy — fosforyzujące sylwetki widm wynurzających się z mlecznej bieli mgły przypominają niemieckie malarstwo romantyczne. Carpenter ponownie skomponował ścieżkę dźwiękową, tym razem z syntezatorowym motywem przewodnim opartym na powtarzającej się, hipnotycznej sekwencji czterech nut. Rola Adrienne Barbeau jako prowadzącej nocną audycję radiową DJ-ki nadaje opowieści dodatkowy wymiar izolacji — jej głos staje się jedynym łącznikiem między odciętymi od świata mieszkańcami.
Jeździec bez głowy
Film Tima Burtona ma wszystko, czego oczekujemy w halloweenowy wieczór. Jest tu posępna atmosfera osamotnionego miasteczka, mroczny las pełen równie mrocznych drzew o powykręcanych konarach, morderstwa, wiedźmy, no i przede wszystkim Christopher Walken, który w roli jeźdźca bez głowy wygląda jeszcze dziwniej niż zwykle, za co brawa należą się charakteryzatorom. Ten film działa na wielu poziomach – jako opowieść gorycka, historia kryminalna z dreszczykiem, pełnokrwisty horror czy wreszcie nakręcony z przymrużeniem oka pastisz opowieści grozy.
Burton stworzył tu wizualnie najbardziej spójny ze swoich projektów aktorskich. Scenografia Sleepy Hollow czerpie z ekspresjonizmu niemieckiego — wykrzywione drzewa to faktyczne konstrukcje wykonane z włókna szklanego i stali, a nie efekty komputerowe. Paleta barw ograniczona do bieli, czerni, szarości i krwistej czerwieni nadaje całości charakter ilustracji z gotyckiej baśni.
Johnny Depp jako Ichabod Crane odchodzi od literackiego wzorca — zamiast zabobonnego nauczyciela mamy tu pioniera kryminalistyki, który do Sleepy Hollow przybywa ze zbiorem narzędzi śledczych inspirowanych rzeczywistymi metodami z XVIII wieku. Ta modernizacja postaci pozwala na ciekawy kontrast między racjonalizmem oświecenia a nadnaturalną grozą. Charakteryzacja jeźdźca — z ostrymi jak brzytwa zębami i blizną w miejscu, gdzie powinna być głowa — opierała się na dziesięciogodzinnym procesie każdego dnia zdjęciowego.
Gnijąca panna młoda
Pewien młodzieniec przez przypadek oświadcza się pewnej pannie. W każdej innej sytuacji można by zbagatelizować sprawę i rzec, że nieporozumienia się po prostu zdarzają. Ale to nie jest zwykła sytuacja, bo panna jest już od dawna martwa, a po oświadczynach zaciąga naszego bohatera do świata umarłych. Ten animowany techniką poklatkową film Tima Burtona gra z oczekiwaniami widza, bowiem kraina umarlaków okazuje się być o wiele bardziej kolorowa i szalona niż świat żywych. A i tytułowa panna młoda, będąca przecież de facto rozkładającym się trupem, przy bliższym poznaniu okazuje się mieć dużo wdzięku.
Produkcja wykorzystuje animację poklatkową w czystej postaci — każda sekunda filmu to dwadzieścia cztery osobne klatki, a realizacja trwała przeszło rok. Lalki bohaterów wykonano z silikonu i armatur stalowych, a ich twarze wyposażono w wymienne elementy pozwalające na wyrażanie emocji. Świat żywych utrzymany w monochromatycznej, przygnębiającej tonacji kontrastuje z podziemną krainą umarłych, gdzie dominują soczyste fiolety, zielenie i błękity.
Emily, tytułowa panna młoda, zyskała więcej empatii i złożoności niż Victoria, narzeczona Victora z krainy żywych. Ta odwrócona hierarchia sympatii to celowy zabieg — Burton pokazuje, że prawdziwe życie toczy się tam, gdzie nie ma lęku przed śmiercią. Scena uczty weselnej w krainie zmarłych, z jazzowym numerem muzycznym i szkieletami grającymi na własnych kościach, to hołd dla musicali MGM z lat 40.
ParaNorman
Skoro już jesteśmy w temacie animacji, to na Halloween trzeba też koniecznie polecić ParaNormana. To również animacja poklatkowa (widocznie ktoś kiedyś uznał, że taka najlepiej wpisuje się w halloweenowe klimaty), za którą stoi studio Laika, odpowiedzialne między innymi za „Koralinę„. Bohaterem jest chłopiec, który widzi umarłych. Można powiedzieć, że tak jak w „Szóstym zmyśle” tylko z większą dawką humoru. Czarnego humoru, rzecz jasna. Jest tutaj wszystko! Duchy, zombi, czarownice.
Film porusza temat ostracyzmu społecznego — Norman jest wykluczany nie za złe uczynki, ale za dar, którego nie rozumieją inni. Ta metafora dotyczy każdej formy inności, co czyni produkcję uniwersalną mimo horrorowego opakowania. Kulminacyjna scena z wiedźmą okazuje się zaskakująco dojrzałym studium mechanizmów linczu — ofiara klątwy to dziecko stracone przez histeryczny tłum za odmienność.
Studio Laika zastosowało tu druk 3D do produkcji twarzy lalek — każda postać miała tysiące wymiennych elementów mimicznych, co pozwoliło na płynność animacji zbliżoną do komputerowej. Oświetlenie nawiązuje do klasycznych horrorów Hammera — długie cienie, kontrasty światłocienia, mgła podświetlona od tyłu. W roli Normana słyszymy Kodi Smit-McPhee, który nadał postaci wrażliwość kompletnie odbiegającą od typowych animowanych bohaterów.
Rodzina Addamsów
Jeżeli jesteśmy spragnieni grozy z przymrużeniem oka, to żaden film nie dostarczy nam jej tyle co opowieść o upiornej rodzince Addamsów, jakby żywcem wyjętej z klasycznych horrorów w rodzaju „Drakuli” czy „Frankensteina”. Wprost stworzone na Halloween, obie części dostarczają smoliście czarnego humoru, który zdaje się nie uznawać żadnych granic. Twórcy wyraźnie nie mieli hamulców (stąd mamy tu na przykład dzieci bawiące się gilotyną czy też próbujące w jak najbardziej dosłowny sposób pozbyć się nowego braciszka), ale właśnie dlatego tak dobrze można się przy tym bawić.
Film Barry’ego Sonnenfelda adaptuje komiks Charlesa Addamsa publikowany od lat 30. w „The New Yorker”. Kluczem do sukcesu było odwrócenie horrorowych tropów — dla Addamsów to normalny świat jest przerażający, a ich egzystencja pełna tortur i otruć to codzienna rutyna pełna miłości. Anjelica Huston jako Morticia i Raúl Juliá jako Gomez tworzą najbardziej namiętne małżeństwo w historii kina familijnego.
Scenografia domu Addamsów to katalog gotyckiej ikonografii — witraże z motywami śmierci, kraty przypominające kościec, meble wyglądające jak instrumenty tortur. Wednesday Addams, zagrana przez Christinę Ricci, stała się ikoną mrocznej estetyki dla nastoletnich buntowniczek — jej monologiczny monolog o koloniach wakacyjnych dla Indian to przykład humoru balansującego na granicy złego smaku.
Dom na Przeklętym Wzgórzu
Ekscentryczny milioner organizuje nietypowy wieczór w dawnym szpitalu, uznawanym za nawiedzony. Zaprasza garstkę ludzi i oferuje sporą pieniężną nagrodę dla tego, kto wytrzyma w tym miejscu całą noc. Wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Opowieść przez większość czasu trzyma nas w niepewności. Czy wszystkie mrożące krew w żyłach zdarzenia są tylko inscenizacją zaaranżowaną przez milionera? A może kryje się w tym coś więcej?
Remake produkcji Williama Castle’a z 1959 roku zmienia tonację z campowego horroru na mroczną symfonię neogotyckiej grozy. Geoffrey Rush wciela się w Stevena Price’a — postać będącą amalgamatem Houdini’ego i P.T. Barnuma, obsesjonata śmierci urządzającego przyjęcia-eksperymenty. Famke Janssen jako jego żona Evelyn kreuje femme fatale z filmów noir przeniesioną w estetykę lat 90.
Szpital psychiatryczny Vannacutt to przestrzeń sama w sobie będąca bohaterem — labirynt korytarzy, sal operacyjnych i cel izolacyjnych, gdzie w latach 30. przeprowadzano lobotomie i eksperymenty na pacjentach. Architektura budynku odzwierciedla skręcony umysł doktora Vannacutta, który w prologu ginie wraz z personelem podczas buntu pacjentów. Film wprowadza motyw „żywego domu” — struktura reaguje na obecność gości, zamykając wyjścia i manipulując rzeczywistością.
Efekty praktyczne — zwłaszcza sekwencja z zalaniem korytarza krwią — zrealizowano za pomocą tysięcy litrów barwionej wody i hydraulicznych mechanizmów. Scena finałowa z ukazaniem się Ciemności, bezcielesnej siły karmionej cierpieniem, to wizualny hołd dla body horroru Cronenberga.

mrg
5 października
super zestawienie! własnie tego szukałem mimo że halołin jeszcze daleko
kali
5 października
No to czas na maraton, chetnie wybiorę ze 3 tytuły.
Adrianna_T
6 października
Ja nie znoszę horrorów ani thrillerów, ale mój chłopak chętnie je obejrzy – super zestawienie – akurat na weekend halloweenowy 😉
Marian
7 października
W każdym tego typu zestawieniu wrzucają to „Halloween” z Jamie Lee, a mnie jakoś nie rusza. Tam się prawie przez 3/4 filmu niewiele dzieje. To już pięć razy bardziej wolę sobie po raz setny „Krzyk” obejrzeć.
Jamie
10 października
Kilka z tych filmów widziałam. Jednak przestałam już lubić takie filmy grozy i zdecydowanie omijam takie horrory bo nerwowo już nie wytrzymuje.
strach na wróble
10 października
Świetne lista! Któryś z filmów na pewno obejrzę;. Tylko wtedy, gdy jeszcze będzie jasno. 😉